Indie fotoblog | Indie w obiektywie cześć 4 | 2007-07-26
Dzień wyjazdu i powrotu do Polski zbliża się już wielkimi krokami... Oczywiście cieszę się z tego powodu że już niedługo będę "u siebie" :) Ale już teraz wiem że niektórych rzeczy będzie mi brakować w Polsce i że będę bardzo miło wspominać cały wyjazd. I już teraz wiem że chciałbym tu wrócić jeszcze w życiu i spędzić znowu co najmniej kilka tygodni... Zobaczyć to czego nie zdążyłem podczas tych mijających czterech miesięcy. Kalkute, Jaipur, Himalaje i wiele innych bardzo interesujących i ciekawych miejsc. No i na pewno spędzić długie wakacje kiedyś na plażach Goa... Ale na podsumowanie wyjazdu jeszcze za wcześnie, zrobię to w wolnej chwili po powrocie do Polski już. Teraz jeszcze zapraszam do kolejnej aktualizacji tym razem z serii "Indie w obiektywie".
Dwa pierwsze zdjęcia zrobiłem podczas wyprawy w góry na tzw. "Tracking". Wstałem skoro świt i ruszyłem na autobus. Na dzień dobry nie dali mi zapomnieć że znajduję się w Indiach. Autobus się spóźnił ok godziny a ja przez ten czas mogłem sobie zobaczyć poranną toaletę hindusów w trawie na pobliskiej łące... Doszedłem do wniosku że znajduje się tam prawdziwe pole minowe i nie sposób tamtędy przejść "czystą stopa" :P Pogoda jak widać nie dopisała a wręcz przeciwnie. Lało przez 95% czasu, jeszcze nigdy w życiu tak nie przemokłem :) Plan był taki aby dotrzeć do fortu na szczycie góry, niestety jak można było się po hindusach spodziewać wypad nie do końca wypalił ponieważ pomylili drogi i dojście do jak to nazywali "bazy" z której mieliśmy dalej iść do fortu zajęło nam z 3 albo i 4 razy więcej czasu niż planowano... Było już późno i zbliżała się pora zmierzchu więc było trzeba wracać. Przez pierwsze kilka minut spaceru po wyjściu z autobusu (który się zakopał podczas zawracania) uważałem aby nie zamoczyć sobie zbytnio butów... Lecz kilkaset metrów dalej spotkała nas niespodzianka. Drogę przecinał dość rwący potok przez który musieliśmy się przedostać. W tym momencie przestałem się martwić o buty już i po kolana w wodzie przeszedłem na drugą stronę. Jak się później okazało była to pierwsza lecz nie ostatnia taka niespodzianka. Takich rzeczek przecinających szlak było mnóstwo. Lecz najlepsze było jeszcze przed nami. Ostatnie kilkaset metrów szliśmy przez pola ryżowe gdzie miejscami woda sięgała mi powyżej ud. Wtedy nie było mi wesoło, byłem mokry z góry na dół, trzęsłem się z zimna (nie sądziłem że to w Indiach możliwe :P) i chciałem tylko się przebrać w suche ciuchy i się osuszyć. Gdy dotarliśmy do "bazy", którą jak się okazało stanowiło parę chatek na krzyż i świątynia poczęstowano nas ciepłą herbatą. W głowie miałem wtedy tylko to, że czeka mnie jeszcze droga powrotna a ja jestem siny z zimna... O cieplutkim i suchym łóżku tylko myślałem... Zjadłem tam zapasy z plecaka, chwile odpocząłem aby po chwili wyruszyć w drogę powrotną. Po drodze znowu rzeczki, wody po kolana ale nie przejmowałem się już niczym i szedłem prosto przed siebie, aby jak najszybciej wskoczyć w suche ciuchy w autokarze. Gdy wróciliśmy do autokary okazało się że ten dalej jest "uwięziony" i nie da rady go wyciągnąć. I co mnie już nie dziwi po tych miesiącach wcześniej żaden hindus nie pomyślał aby zadzwonić i poprosić o nowy autokar. Tak więc siedzieliśmy sobie jeszcze ponad godzinę w tym autokarze czekając "na pomoc". Całe szczęście byłem już wtedy przebrany i było mi już w miarę ciepło :) Teraz wspominam całą wyprawę "bardzo ciepło" :) Naprawdę super przygoda i nie żałuję swojej decyzji porannego wstania i wybrania się na nią. Zdjęcie numer jeden przedstawia słynną "bazę" i chłopaka w przeciwdeszczowym stroju, który tańczy sobie na deszczu. Strój wygląda śmiesznie ale jest naprawdę skuteczny na te deszcze... Dzieciak był praktycznie suchy. Zdjęcie numer dwa przedstawia rzeczkę jaka płynęła sobie przez drogę, która prowadziła do autokaru. No i to tyle jeśli chodzi o "Tracking". Ze względu na pogodę niestety mam niewiele zdjęć z tej wyprawy :/
Zdjęcie numer trzy pokazuje, że nawet do Indii dotarły słynne hipisowskie hasła "Make love not war" :) Na zdjęciu numer cztery znajduje się ładny widoczek na strumyk w parku w dzielnicy zwanej Koreagon Park. Park należy do Osho czyli ruchu który narodził się w Indiach i który propaguje medytacje i takie tam rzeczy :) Na dwóch ostatnich zdjęciach kolejna perełka z Indii :) Gość jest moim idolem jeżeli chodzi o ilość przewożonego bagażu na rowerze.